KOCHAĆ TO ZA MAŁO. O ŹLE ROZUMIANEJ MIŁOŚCI DO ZWIERZĄT

Miłość do zwierząt stała się dziś niemal społecznym obowiązkiem. Kochamy psy i koty, wzruszamy się losem dzikich zwierząt, protestujemy przeciwko ich zabijaniu. Problem zaczyna się jednak wtedy, gdy emocje zastępują wiedzę, a deklarowana miłość zwalnia nas z odpowiedzialności za konsekwencje własnych decyzji. Dotyczy to zarówno psa porzuconego w schronisku, jak i dzika, jelenia czy sarny, których populacjami ktoś przecież musi zarządzać.

Zwierzę nie jest człowiekiem ani zabawką.

Współczesna relacja człowieka ze zwierzętami zmieniła się bardzo mocno. W wielu domach pies czy kot przestał być po prostu zwierzęciem towarzyszącym, a stał się pełnoprawnym członkiem rodziny. Samo w sobie nie jest to niczym złym. Przeciwnie – większa wrażliwość na potrzeby zwierząt, ich dobrostan czy cierpienie jest czymś wartościowym.

Problem pojawia się wtedy, gdy zaczynamy patrzeć na zwierzę nie takim, jakie ono rzeczywiście jest, lecz takim, jakim chcielibyśmy je widzieć. Nadajemy mu ludzkie cechy, ludzkie intencje i ludzkie sposoby przeżywania świata. Podobnie zaczynamy patrzeć na dziką przyrodę: jak na rzeczywistość, w której każde zwierzę powinno spokojnie dożyć starości, a śmierć zadana przez człowieka jest czymś z definicji złym.

Takie uproszczone i sentymentalne postrzeganie przyrody często określane jest mianem bambinizmu. Nazwa jest nieprzypadkowa. Przyroda oglądana przez pryzmat bajki jest piękna, harmonijna i bezpieczna. Prawdziwa przyroda taka nie jest.

Ale zanim przejdziemy do dzikich zwierząt, warto spojrzeć na te, które sami zapraszamy do swoich domów.

PIES MIAŁ BYĆ NA ZAWSZE
Szczeniak jest piękny. Dzieci są zachwycone. Zdjęcia trafiają do mediów społecznościowych. Pojawia się nowe legowisko, zabawki, smycz. Tylko że szczeniak rośnie.

Pies wymaga karmienia, spacerów, szczepień, leczenia i wychowania. Trzeba zapewnić mu opiekę podczas urlopu. Czasami niszczy rzeczy, szczeka, brudzi albo sprawia problemy behawioralne. Nagle okazuje się, że zwierzę nie jest pluszową zabawką. Jest żywą istotą, za którą człowiek wziął odpowiedzialność na kilkanaście lat.

I nie każdy potrafi tę odpowiedzialność udźwignąć. Zwierzę trafia do schroniska. Czasami zostaje porzucone. Dla właściciela problem został rozwiązany. Dla psa dopiero się zaczyna.

Co więcej, odpowiedzialność nie znika. Zostaje jedynie przeniesiona na kogoś innego. Gmina musi zapewnić bezdomnemu zwierzęciu opiekę. Ktoś musi zapłacić za jego odłowienie, transport, pobyt w schronisku, karmę i opiekę weterynaryjną. Ostatecznie płacimy za to wszyscy.

Powstaje więc niezwykle wygodny model odpowiedzialności: ja chciałem zwierzęcia, ja podjąłem decyzję o jego posiadaniu, ale kiedy pojawiły się problemy, niech ich rozwiązaniem zajmie się społeczeństwo.

Można oczywiście później wpłacić złotówkę na zbiórkę dla schroniska, udostępnić zdjęcie porzuconego psa i oburzać się na ludzkie okrucieństwo. Nie zmienia to jednak podstawowego pytania: gdzie była odpowiedzialność wtedy, kiedy była naprawdę potrzebna?

OD PSA DO DZIKA
Ten sam mechanizm warto dostrzec w zupełnie innej dyskusji – dotyczącej łowiectwa.

Coraz częściej pojawiają się hasła:
„Nie zabijajmy”.
„Zakażmy polowań”.
„Zostawmy zwierzęta w spokoju”.
„Natura sama sobie poradzi”.

Ich siła polega na prostocie. Moralnie bardzo łatwo stanąć po stronie żywego zwierzęcia przeciwko człowiekowi, który chce je zabić. Znacznie trudniej odpowiedzieć na pytanie, co stanie się później.

Wyobraźmy więc sobie, że postulaty zostają spełnione. Polowania ustają. Nie na miesiąc czy jeden sezon, ale na kolejne lata. Co wtedy?

LICZBY, KTÓRYCH NIE MOŻNA POMINĄĆ
Spójrzmy na dane dotyczące liczebności i pozyskania wybranych gatunków w Polsce w sezonie 2023/24:
– Liczebność sarny wynosiła około 820 tys. osobników, przy pozyskaniu około 185 tys.
– Jeleni było około 241 tys., przy pozyskaniu około 94 tys.
– Populację daniela szacowano na około 25 tys., a pozyskanie wynosiło około 8,1 tys.

Szczególnie interesujący jest dzik. Jego wykazywana liczebność wynosiła około 51 tys. osobników, podczas gdy w ciągu sezonu pozyskano około 234 tys. dzików.

Oczywiście nie oznacza to, że od 51 tys. należy odjąć 234 tys. i uznać dane za sprzeczne. Są to dwie różne kategorie. Liczebność oznacza szacunek populacji w określonym momencie, natomiast pozyskanie jest wartością obejmującą cały okres. Zestawienie dobrze pokazuje jednak ogromny potencjał reprodukcyjny tego gatunku.

Pomimo pozyskiwania setek tysięcy dzików populacja nadal funkcjonuje i odnawia się. Co zatem wydarzyłoby się po całkowitym zaprzestaniu regulowania jej przez człowieka?

NATURA SOBIE PORADZI. ALE JAK?
W tym miejscu trzeba odrzucić również uproszczenie z drugiej strony. Nie można po prostu wziąć dzisiejszej liczebności zwierząt, pomnożyć jej przez teoretyczny przyrost i ogłosić, że za pięć czy dziesięć lat Polska zostanie zalana przez miliony dzików, jeleni i saren.

Ekosystem tak nie funkcjonuje. Wzrost populacji zostanie w pewnym momencie zahamowany. Pytanie brzmi jednak: przez co?

Odpowiedzi udziela sama natura: przez ograniczoną dostępność pokarmu i przestrzeni, konkurencję, choroby, zwiększoną śmiertelność młodocianych, migrację, drapieżnictwo, a w określonych warunkach również głód.

Stwierdzenie, że „natura sama sobie poradzi”, może więc być prawdziwe. Tyle że metody natury nie zawsze przypominają bajkę o Bambi.

Co więcej, żyjemy w kraju, którego krajobraz został w ogromnym stopniu przekształcony przez człowieka. Lasy sąsiadują z polami, drogi przecinają szlaki migracyjne, a miasta i przedmieścia zajmują coraz większą przestrzeń. Dlatego rosnąca populacja dzikich zwierząt nie będzie funkcjonowała w oderwaniu od człowieka.

Zwierzęta muszą gdzieś żyć i coś jeść. To banalne stwierdzenie, o którym bardzo łatwo zapomnieć.

Dzik nie żywi się naszym współczuciem. Jeleń nie nakarmi się hasłem „prawo do życia”. Sarna nie znajdzie zimą pokarmu w internetowej petycji. Zwierzęta potrzebują konkretnych zasobów. Jeżeli zabraknie ich w jednym miejscu, będą szukały ich gdzie indziej:
– na polach,
– w sadach,
– w uprawach leśnych,
– na obrzeżach miejscowości,
– wreszcie – w miastach.

Już dziś obecność dzików na terenach zurbanizowanych nikogo szczególnie nie dziwi. Zwierzęta korzystają z łatwo dostępnego pokarmu, śmietników, terenów zielonych i stopniowo przyzwyczajają się do obecności ludzi.

Jeżeli chcemy zasadniczo zmienić sposób zarządzania dzikimi populacjami, musimy więc odpowiedzieć nie tylko na pytanie o prawo zwierzęcia do życia. Musimy również zapytać o konsekwencje.

KTO ZA TO ODPOWIE?
– Kto zapłaci rolnikowi za zniszczone uprawy?
– Kto poniesie koszty szkód w gospodarce leśnej?
– Kto zapłaci za zabezpieczanie dróg?
– Kto będzie reagował na coraz częstsze konflikty między zwierzętami a mieszkańcami miast?
– Kto będzie odpowiadał za bezpieczeństwo?
– I przede wszystkim – kto zajmie się samymi zwierzętami, kiedy ich liczebność zacznie przekraczać możliwości konkretnego środowiska?

Tu historia zaczyna przypominać historię porzuconego psa.

Najpierw mówimy: „Nie chcę, żeby zabijano zwierzęta”. Kiedy natomiast pojawiają się konsekwencje: „Niech państwo coś z tym zrobi”.

Państwo ma wypłacić odszkodowania. Państwo ma zabezpieczyć drogi. Państwo ma chronić uprawy. Państwo ma interweniować w mieście. Państwo ma znaleźć pieniądze.

A przecież „państwo” nie ma własnych pieniędzy oderwanych od społeczeństwa. Ostatecznie koszty ponoszą obywatele.

Powtarza się więc ten sam schemat: podejmuję decyzję zgodną z własnym systemem wartości, ale odpowiedzialność za jej practical konsekwencje przenoszę na innych.

„ZAKAŻMY POLOWAŃ”. DOBRZE. CO ZAMIAST?

Nie oznacza to, że łowiectwo powinno być wyłączone z krytyki.

Można i należy rozmawiać o wielkości pozyskania, sposobach zarządzania populacjami, metodach wykonywania polowania, bezpieczeństwie czy ograniczaniu cierpienia zwierząt. Jeżeli jakieś rozwiązania są złe, należy je zmieniać.

Ale poważna debata nie może kończyć się na haśle: „zakażmy polowań”. To dopiero początek rozmowy. Po nim musi pojawić się pytanie: co zamiast?
Jeżeli nie myśliwi, to kto będzie regulował populacje?
– Jeżeli nie polowanie, to jaką metodą?
– Kto będzie wykonywał tę pracę?
– Kto będzie za nią płacił?
– Kto przejmie odpowiedzialność za szkody?
– Co zrobimy ze zwierzętami pojawiającymi się w miastach?
– I co zrobimy wtedy, gdy liczebność któregoś gatunku przekroczy możliwości środowiska?

Jeżeli odpowiedzią ma być wyłącznie „natura”, trzeba uczciwie powiedzieć również, jakie mechanizmy regulacyjne natura stosuje.

MIŁOŚĆ WYMAGA ODPOWIEDZIALNOŚCI
Być może właśnie tutaj przebiega granica między rzeczywistą troską o zwierzęta a bambinizmem. Nie w tym, kto bardziej wzrusza się losem psa, sarny czy jelenia. Nie w tym, kto głośniej deklaruje swoją miłość do zwierząt. Ale w tym, kto jest gotów przyjąć odpowiedzialność za konsekwencje swoich poglądów i decyzji.

Za psa odpowiadamy nie tylko wtedy, gdy jest małym szczeniakiem, ale również wtedy, gdy ma dziesięć lat, choruje i wymaga kosztownego leczenia. Podobnie odpowiedzialność za dziką przyrodę nie może kończyć się na stwierdzeniu, że nie chcemy zabijania zwierząt.

Człowiek tak dalece przekształcił środowisko, że nie może dziś po prostu ogłosić swojego wycofania i uznać sprawy za załatwioną.

Możemy dyskutować, jak zarządzać populacjami dzikich zwierząt. Możemy spierać się, kto powinien to robić. Możemy zmieniać metody. Ale nie możemy udawać, że problem zniknie tylko dlatego, że przestaniemy o nim mówić.

Miłość do zwierząt bez wiedzy łatwo zamienia się w bambinizm. Miłość bez odpowiedzialności może natomiast prowadzić do sytuacji, w której konsekwencje naszych decyzji ponoszą inni ludzie – a ostatecznie również same zwierzęta.

Bo kochać zwierzęta jest łatwo. Znacznie trudniej wziąć odpowiedzialność za skutki tej miłości.