PANI MINISTER, A TERAZ ZEJDŹMY Z WIECU. CZAS NA PRACĘ

Autorzy projektu mają jeszcze jeden argument: „700 metrów nie jest sztywnym zakazem. Można polować bliżej, jeżeli zgodę wyrazi właściciel, użytkownik wieczysty lub posiadacz nieruchomości, na której znajduje się budynek.”

Ma to uspokajać. Nas nie uspokaja.

Bo polska wieś nie wygląda jak rysunek wykonany przy biurku w Warszawie. Nie mamy jednego domu, później 700 metrów pustki, kolejnego domu i następnych 700 metrów pustki.

Mamy wsie o zwartej i rozproszonej zabudowie. Mamy pola położone pomiędzy domami. Mamy rolników, którzy mieszkają w jednym miejscu, a gospodarują na gruntach oddalonych o kilka kilometrów.

Mamy też mieszkańców wsi, którzy rolnikami nie są. Są letnicy. Są osoby, które przeprowadziły się z miasta. Są ludzie posiadający dom na wsi, ale niemający hektara upraw i żadnego interesu w ograniczaniu szkód powodowanych przez zwierzynę.

I teraz zróbmy prosty eksperyment.

Rolnik mówi: „Tak. Chcę, żeby na moim polu wykonywano polowanie, bo mam szkody.”

Tylko że 400 metrów od jego pola stoi dom. Jego właściciel mówi: „Nie wyrażam zgody.” Nie dlatego, że ponosi szkody. Nie dlatego, że prowadzi gospodarstwo. Może po prostu nie lubić polowań. Może być ich ideowym przeciwnikiem. Może powiedzieć „nie”, bo takie ma prawo.

I właśnie tutaj pojawia się pytanie, którego najwyraźniej zabrakło przy projektowaniu tego rozwiązania: dlaczego stanowisko właściciela domu ma faktycznie ograniczać możliwość ochrony upraw należących do kogoś innego?

Co więcej, właściciel pola wcale nie musi przy nim mieszkać. Może posiadać kilkadziesiąt hektarów kilka kilometrów od własnego domu. To jego ziemia. To jego uprawa. To on ponosi szkody. To on chce, żeby wykonywano tam polowanie.

Tylko że o praktycznej możliwości oddania strzału może przesądzić człowiek mieszkający obok. Znów ktoś decyduje za właściciela pola.

I właśnie dlatego samo zdanie: „przecież można uzyskać zgodę” nie rozwiązuje problemu. Ono dopiero go tworzy.

Bo przy gęstej zabudowie może nie chodzić o jedną zgodę. Trzeba sprawdzić, ile stref 700 metrów obejmuje dane miejsce i ile nieruchomości zabudowanych znajduje się w ich zasięgu. Wystarczy odmowa osoby, której strefa obejmuje miejsce planowanego strzału, i możliwość skorzystania z wyjątku znika.

I TERAZ APEL DO PANI URSZULI ZIELIŃSKIEJ

Pani Minister, proszę na chwilę odłożyć transparenty, efektowne porównania i emocje.

Proszę usiąść nad mapą zwykłej polskiej wsi. Nie nad slajdem. Nad mapą. Proszę zaznaczyć każdy budynek i narysować wokół niego okrąg o promieniu 700 metrów. Następnie proszę nałożyć te okręgi na siebie. A później proszę znaleźć pola rolnika, który zwraca się o pomoc, bo dziki niszczą mu kukurydzę.

I teraz zaczyna się prawdziwa praca polityka.

Kto ma wyrazić zgodę? Ile zgód trzeba uzyskać? Co w przypadku jednej odmowy? Co w przypadku właściciela pola, który mieszka gdzie indziej? Jak ma wyglądać skuteczna redukcja zwierzyny w takiej mozaice? Co z realizacją planu łowieckiego? Co z ASF? Co ze szkodami? I kto ostatecznie za nie zapłaci?

To są pytania do ministerstwa. Bo ministerstwo to nie wiec.

Poseł może wygłosić efektowne przemówienie. Aktywista może zrobić transparent. Influencer może nagrać rolkę.

Ale od ministra oczekujemy czegoś więcej.

Analizy.
Dowodów.
Oceny skutków.
Konsultacji.
Wyliczenia kosztów.

I przede wszystkim zrozumienia, że życie poza Warszawą jest trochę bardziej skomplikowane niż dwa kółka narysowane na prezentacji.

Dlatego, Pani Minister, skoro została Pani publicystyczną matką chrzestną łowieckich 700 metrów, mamy prostą prośbę: proszę przestać nam tłumaczyć, jak pięknie ten pomysł wygląda na papierze. Proszę pokazać, jak ma działać na polskiej wsi.

Bo tam skutków tego prawa nie będą ponosili autorzy transparentów. Będą je ponosili rolnicy, właściciele gruntów, mieszkańcy, samorządy, państwo i ci, którzy ostatecznie zapłacą rachunek.

Czyli jak zwykle: my wszyscy.